31 grudnia 2012 wybraliśmy się z Covilhi do Porto, żeby spędzić tam Sylwestra.

Postanowiliśmy jechać autostopem. Jechaliśmy dwoma parami.

Początkowo pewnie małżeństwo podrzuciło minie i koleżankę z Brazylii jedynie kawałeczek – jakieś 8 km, później skręcili w stronę domu. Jednak następnego stopa złapaliśmy po 5 minutach, do Guardy. Podczas podróży próbowałem się domyślić o czym rozmawia Nayara z kierowcą. Okazał się bardzo miłym człowiekiem, przy pożegnaniu dał nam parasol, powiedział, że może się przydać. Ponieważ, gdy dotarliśmy do Guardy pogoda była okropna – zimno, około 0 i bardzo gęsta mgła – nie mogliśmy niczego złapać. Po jakichś 40 minutach stania na rondzie i zamarzania postanowiliśmy sprawdzić jak wygląda rozkład autobusów. Szliśmy w kierunku dworca, po drodze udało nam się złapać faceta, który wyjeżdżał w tę stronę.

Po zweryfikowaniu ceny stwierdziliśmy, że jest zbyt duża, żeby marnować kasę na bilet. Podmiejskim autobusem dojechaliśmy w stronę wylotówki na autostradę w kierunku Porto. Po jakichś 15 minutach machania przy wyjeździe z ronda wzięło nas kolejne małżeństwo z córką. Zostawili nas na stacji benzynowej przy autostradzie przed Viseu. Tam na nasze nieszczęście rozpadało się bardzo, więc stojąc jakieś półtorej godziny przy wejściu do bufetu na stacji pytaliśmy czy ktoś jedzie w stronę Porto. Po dość długim oczekiwaniu udało nam się wsiąść do samochodu z młodą parą, którzy wysadzili nas przy stadionie w Porto. Tutaj mogłem już normalnie rozmawiać, bo wszyscy mówili po angielsku. Okazało się, że gościu był na Erasmusie w Niemczech. Ucięliśmy całkiem miłą pogawędkę. Ze stadionu, metrem dotarliśmy do hostelu, w którym spały Nayara i Ana. Jak się okazało my w przeciwieństwie do drugiej pary nie zmokliśmy. Ci zaś byli przemoczeni totalnie.

Noc zapowiadała się niezbyt ciekawie – sylwester w deszczu. Po odwiedzeniu barów i zjedzeniu kababa, tuż przed północą zebraliśmy się na rynku gdzie spotkaliśmy się z innymi znajomymi. W sumie było nas może 10.

Darmowe piwko - ostatnie w 2012

Fire show zrobił na mnie ogromne wrażenie – fajerwerki były duże i wybuchały w rytm muzyki, a całość trwała 13 minut. Później w kilka osób poszliśmy nad rzekę, po drodze zaopatrując się w szampana. Dla niektórych impreza skończyła się całkiem nietrzeźwo;-)

Sylwester Porto 2012 Sylwester Porto 2012

Po znalezieniu hostelu, w którym miał spać kolega (kluczyliśmy chyba z godzinę, żeby go znaleźć), udałem się metrem na stację, na której miałem wysiąść, żeby mieć blisko do mieszkania z Coach Surfingu. Myślałem, że mam dużo czasu, jak się jednak okazało, nie umiałem znaleźć numeru pod którym powinna być ulubiona kawiarnia mojego hosta. Ostatecznie mi się to udało.

Gdy wszedłem do mieszkania hosta – Fernando, nie mogłem uwierzyć własnym oczom. Okazało się, że ten pan „żyje” coachsurfingiem. Byłem jego 2052 gościem. Wyspałem się, poszliśmy na obiad do knajpki, gdzie zjedliśmy tripas. Później krótki spacer urozmaicony ciekawymi opowiadaniami Fernando o mieście.

Coach Surfing Porto - część pamiątek hosta

Na wieczór znowu spotkałem się ze znajomymi, poszliśmy nad rzekę i miło spędziliśmy czas. Wróciłem do mieszkania, poszedłem spać, a następnego dnia rano, trochę niegrzecznie, bez pożegnania z hostem poszedłem na stację skąd pojechaliśmy pociągiem do Bragi.

 

Droga przebyta autostopem: ok 250 km

W zakładce Galeria znajduje się więcej zdjęć