Witam wszystkich ponownie!

Tym razem opis póki co mojego najdłuższego stopowania.

Czym jest Summer Race?

SummerRacePo dwóch miesiącach stażu czyli ciągłego siedzenia przed komputerem postanowiłem pojechać na wakacje. Pomysłów miałem mnóstwo, a że z czasem zbiegł się rajd autostopowy stwierdziłem, że w końcu trzeba spróbować.

Summer Race to letnia edycja rajdu autostopowego, który od kilku lat jest organizowany przez zapaleńców z Politechniki Wrocławskiej. Z każdą edycją wybierana jest inna miejscowość docelowa. Pierwsza edycja przypadająca na przełom sierpnia i września zmierzała do Barcelony, a dokładniej mówiąc na kemping w  miejscowości Castelldefels.

Pierwszym problemem, zanim w ogóle zacząłem myśleć o Barcelonie było znalezienie osoby, która pojechałaby ze mną. Większość znajomych sceptycznie patrzy na podróże autostopem, a co dopiero na taką odległość. Z pomocą przyszedł ‚parownik’, czyli strona, na której chętni do wyjazdu szukają kompana podróży. Nie było łatwo, ale ostatecznie dogadałem się na wyjazd z Ewą, której nie znałem w zasadzie aż do dnia wyjazdu. Dla stopowiczów, którzy dojechali na miejsce organizowane są różnorakie imprezy, których nam jednak nie było doświadczyć, ale o tym za chwilę.

Przed startem

Przygotowania zacząłem od zrobienia listy rzeczy, które mogą się przydać na wyprawie. Zaopatrzyłem się w namiot i kuchenkę z kartuszem i kubek turystyczny. Skompletowałem resztę ekwipunku, sprawdziłem czy do mojego plecaka da się wszystko spakować i podpiąć. Ostatecznie efekt był zadowalający.

Jako, że rajd startował z Wrocławia o 9 rano, w przeddzień wyjazdu ja i Ewa stawiliśmy się w mieszkaniu dobrego znajomego (pozdrawiam Łukasza), który akurat tam studiuje. Przy okazji przyszło kilka osób i wieczór całkiem miło i wesoło spędziliśmy przy piwku.

WakePark Wrocław

Rano z lekkim opóźnieniem dostaliśmy się na miejsce startu na obrzeżach Wrocławia – WakePark.

30.08 Maszyna ruszyła

Około 150 par podróżników tuż po 9 rano wysypało się jak stado mrówek i zaczęli łapać stopa w jednym miejscu. Można się tego było spodziewać, więc po 15-20 minutach łapania samochodów na światłach stwierdziliśmy, że pojedziemy tramwajem w inne miejsce (regulamin pozwalał używania komunikacji miejskiej na terenie Wrocławia). Po drodze spotkaliśmy kilka par, które wpadły na ten pomysł wcześniej od nas.

Generalnie nie czekaliśmy zbyt długo i już pędziliśmy z parą młodych ludzi na zachód. Z przesiadką dojechaliśmy do Legnicy. Zanim wysiedliśmy kierowca zaproponował, że poinformuje przez CB radio innych, że czekamy na stacji przy autostradzie. Gdy dotarliśmy na wspomnianą stację, okazało się, że roi się tam od „zielonych” czyli uczestników Summe Race. Kolejka była dość spora, a ludzie niezbyt chętnie chcieli pomagać. Ostatecznie Ewa złapała lawetę, w której jechało dwóch zabawnych chłopaków. Byli na tyle śmieszni, że postanowili – mimo 2 wolnych miejsc – wziąć ze sobą 3 pary. Zgnieceni jak śledzie, ale szczęśliwi, że jedziemy śmialiśmy się z przekomarzania kierowców. Ci zaś zostawili nas na zjeździe z autostrady jakieś 30 km dalej. Stamtąd, nie bez problemów udało nam się złapać osobówkę, którą dojechaliśmy do Zgorzelca, na ostatnią polską stację benzynową. tam również pierwsze co zobaczyliśmy to zielone koszulki.

ZgorzelecChwilę posiedzieliśmy i pogadaliśmy, żeby później na zmianę pytać kierowców nadjeżdżających samochodów o podwiezienie. W chwili, gdy Ewa wyszła do toalety mi udało się dogadać z Panią z osobówki, że może wziąć kogoś i jedzie przynajmniej pod granicę francuską. Z tej okazji skorzystały dwie pary, z którymi siedzieliśmy. Jak się później okazało, owa Pani podwiozła ich prawie pod sam kemping. My jednak również długo nie czekaliśmy na swoją kolej. Już po chwili kierowca busa zgodził się, że nas podwiezie. Początkowo mieliśmy z nim jechać tylko do Drezna, ale jakoś tak wyszło, że jechaliśmy aż do Belgii. Trochę to na około myśleliśmy, ale jakoś damy radę.

Na stacji benzynowej w belgijskiej miejscowości, której nazwy nie pamiętam wyspaliśmy się w namiocie, w towarzystwie dzikich kur i piejących kogutów. Następnego dnia spotkaliśmy tam polskich kierowców. Dobrze się gawędziło, ale trzeba było jechać dalej. Jeden z nich, mimo, że w trochę złym dla nas kierunku zabrał nas. Dzięki temu, że nie musiał się spieszyć zjeżdżaliśmy na każdą możliwą stację i parking pytać czy ktoś nie jedzie w kierunku Hiszpanii.

Na którymś zjeździe z kolei znaleźliśmy Darka, który na początku niepewnie, ostatecznie zgodził się nas wziąć. Jakoś upchnęliśmy się na siedzeniach razem z samochodową lodówką i szczęśliwie pojechaliśmy do Bordeaux. Tam okazało się, że polscy kierowcy są wszędzie. Spotkaliśmy się z ciekawymi szoferami, między innymi z Mateuszem i „Tatusiem”, którzy przewiną się jeszcze w dalszej części tego wpisu.

Następnego ranka, po nocy w namiocie okazało się, że Darek jedzie w kierunku Hiszpanii, a wraz z nim inny kierowca z tej samej firmy – Sebastian. Odtąd jechaliśmy na dwa busy w kierunku San Sebastian, gdzie udało nam się wykąpać w oceanie przy całkiem niezłych widokach zatoczki.

San Sebastian

Valencia

Po San Sebastian pojechaliśmy w kierunku Madrytu, gdzie kierowcy musieli się rozdzielić, a my pojechaliśmy z Sebastianem. Po dniu spędzonym w Madrycie, głównie na rozładunku, okazało się, że następnym miejscem załadunku będzie Valencia. Co więcej Darek również tam jedzie. Do Walencji dojechaliśmy mniej więcej o północy co wcale nie przeszkadzało, żeby wykąpać się w ciepłym morzu. Zabieg ten udało się powtórzyć jeszcze następnego dnia, gdy okazało się, że trzeba czekać na załadunek.

Barcelona?

Z Walencji wreszcie wyruszyliśmy w kierunku Barcelony. Na kempingu – mecie rajdu byliśmy mniej więcej o 23:30, 4 września. Spotkaliśmy mnóstwo uczestników w różnym stanie upojenia alkoholowego, ale niestety organizatorzy zgubili się gdzieś na plażowej imprezce. Co więcej okazało się, że nagrody za „ostatnie” miejsca zostały już rozdane. Po wymianie kilku zdań z kilkoma osobami wróciliśmy do Darka i Sebastiana. Jechali oni gdzieś do Anglii, a że my nie mieliśmy co ze sobą zrobić pojechaliśmy z nimi.

Po drodze stwierdziliśmy, że warto byłoby zobaczyć Paryż. Trochę było kombinowania z załatwieniem noclegu, ale ostatecznie dzięki couch surfingowi znaleźliśmy schronienie na jedną noc.

Do Paryża dojechaliśmy jakoś w okolicach północy. Z kierowcami podeszliśmy pod wieżę Eiffla, zrobiliśmy parę zdjęć i pożegnaliśmy się. Później z niemałymi trudnościami trafiliśmy na miejsce naszego noclegu.

Eiffel TowerNastępnego dnia udało nam się bez większego pośpiechu zobaczyć co nieco w muzeum Louvre, obejrzeć katedrę Notre Dame. W Paryżu w zasadzie zaczęliśmy wydawać pieniądze i to „z grubej rury”. Po całkiem miło spędzonym dniu odpoczywaliśmy pod wieżą Eiffla i kombinowaliśmy jak znaleźć jakiś tani nocleg. Niestety mój telefon się rozładował co utrudniło kontakt z couch suferami.

Gdy tak sobie siedzieliśmy co chwila podchodził do nas ktoś oferując piwo, wino bądź szampana. Ewa wpadła na wspaniały pomysł, że przy kolejnej takiej ofercie poczęstuje delikwenta czekoladą. Tak poznaliśmy Guryego – hindusa, świetnego człowieka, który stwierdził, że musi nam pomóc. Dzięki niemu mogliśmy najeść się do syta i wyspać spokojnie, w dodatku na jego koszt. Lekko zdziwiła mnie otwartość i zaangażowanie tego człowieka. Nie mogę sobie wyobrazić,  że polak zrobiłby tak samo.

Louvre

Wieża Eiffla

Notre Dame

Powrót do domu

Tak się akurat złożyło, że Mateusz, z którym spotkaliśmy się w Bordeaux miał załadunek w pobliżu Paryża, więc mógł nas wziąć. Nie wiedział dokładnie gdzie pojedzie później, jednak szczęśliwie trafiło się nam, że przez Holandię dojechaliśmy do Niemiec i przez Bremen i Berlin dojechaliśmy do Słubic. Zanim jednak to nastąpiło spędziliśmy weekend na stacji benzynowej we Francji, gdzie ponownie spotkaliśmy Tatusia, którego poznaliśmy w Bordeaux. Podczas tego weekendu ugotowaliśmy rosół i poznaliśmy opinię pewnego kierowcy, który twierdził, że kosmici istnieją. Doszedł nawet do wniosku, że ludzie są kosmitami.

Kostrzyn

Gdy byliśmy już w Polsce przez CB radio udało się złapać ciężarówkę, która podwiozła nas do Kostrzyna. Stamtąd już pociągiem pojechaliśmy do Szczecina, gdzie poznałem kilku znajomych Ewy i całkiem nieźle się bawiłem.

Przy okazji stwierdziłem, że skoro jestem już w trasie, a do Kołobrzegu nie jest strasznie daleko to pojadę odwiedzić Olę, koleżankę ze studiów. Tak też się stało. Następnego dnia z rana pociągiem pojechałem do Gliwic, gdzie skończyła się moja dwutygodniowa podróż.

Podsumowanie

Gdyby nie Paryż wydałbym zapewne bardzo niewiele, jednak tam komunikacja miejska i jedzenie troszkę kosztują. Poza tym stwierdziłem, że są wakacje, a szlachta się przecież bawi.

Całość będę wspominał bardzo pozytywnie i prawdopodobnie za rok pojadę na podobną wycieczkę.

Poniżej przybliżona trasa, którą zrobiłem.  Darmowej jazdy z niesamowitymi ludźmi jest tutaj ponad 6000 km.

mapka